INDIE: Mumbaj – Puna – Kholapur – Goa – Hampi – Bengalore – Chennai – Mysore – Kochin – Hassan – Mangalore – Mumbaj
TERMIN: 11.10-11.11. 2008
bollywood superstar
Dotarłam do Indii, bagaż też, mam się dobrze, Bombaj chyba tez. Pierwszy dzień okazał się od razu dniem spełniania marzeń. Moja wielka miłość do kina z bollywood okazała się ODWZAJEMNIONA! Czy potrzeba kobiecie czegoś więcej do szczęścia niż spełniona miłość? Kto by się przejmował, tym, że to jednorazowe uniesienie i po JEDNYM dniu trzeba będzie się rozstać! Czasem warto przeżyć krótki, intensywny romans niż długie i nudne małżeństwo. Nasze drogi się rozejdą, ale przyjemne wspomnienie pozostanie do końca życia.
Gdy tylko dotarliśmy do centrum miasta, niemal od razu znaleźliśmy tanią noclegownię i jeszcze nie zdążyliśmy zająć pokoi a juz zaczepił nas producent filmowy (tak miał napisane na wizytówce, ale podejrzewam ze to był asystent asystenta do spraw statystów ze specjalizacja wyłapywanie białych turystów na ulicy) z pytaniem o to czy chcemy zagrać w filmie. Ja bym nie chciała?? W filmie Bollywood!! W Bombaju – najgłówniejszym z głównych centrum Bollywood? Bez najmniejszej chwili zawahania się zgodziłam. Zgodziłabym się nawet gdybym musiała dopłacić.
Jeśli ktoś chciałby zobaczyć film, w którym „grałam” niestety będzie musiał radzić sobie sam. Oglądając jeden film za drugim będzie musiał mnie wypatrywać w gronie statystów. A że filmów powstających w samym Bombaju mało nie jest – może spędzić kilka długich miesięcy nad tym zajęciem. Niestety mimo szczerych chęci i natrętnych pytań NIKT nie był w stanie powiedzieć, jaki jest tytuł filmu, ani o czym jest. Zaczęliśmy podejrzewać ze poza samym reżyserem nikt tego nie wie. Występują seryjnie w kilku produkcjach i nikt się nie zastanawia w czym aktualnie gra. Lub też inna przypuszczalna wersja: kręcą kilka różnych scen, montują a potem patrzą, co z tego wyjdzie i nadają tytuł filmowi.


mniszką nie zostanę
Puna – OSHO – Międzynarodowe centrum medytacji. Do Puny przyjechaliśmy rano. Zanim wpuścili nas do ośrodka, prześwietlili nas na wzór służb specjalnych. Kilkakrotnie sprawdzali paszporty, rejestrowali, wypisywali miliony dokumentów, testowali na HIV. Ufff na szczęście nie mam! To chyba jedyna pozytywna wieść z tego miejsca. Przytulanie się do obcych ludzi, uduchowienie, medytacja, taniec prowadzący do oświecenia i te wszędobylskie uśmiechy. Jakby mało było nawiedzenia – wszyscy chodzą w szatach tego samego MARONOWEGO koloru. Nie waż się nazwać go bordowym. Raz jednen jedyny ubrałam się i odtąd wiem, że już nigdy nie ubiorę niczego, co choćby przez chwilę mogło leżeć kolo koloru MARONOWEGO.
Co ja tu robie? Bardzo się mi to miejsce nie podoba. Na szczęście na siłę tu nie trzymają. Chociaż miałam dziś pewne problemy żeby się wydostać, ponieważ zabrali mi przepustkę. A bez niej ani rusz – ani wyjść ani wejść. Ze łzami w oczach stanowczo zażądałam jej zwrotu i ostatecznie udało mi się uciec.
Postanowiłam zostawić moich współtowarzyszy podróży i sama ruszam na Goa.
Puna:





white as a chicken
“white as a chicken” – tak właśnie nazywają mnie tu miejscowi. Gdy tak po sobie patrzę wydaje mi się ze jestem opalona, nawet dość mocno. No, ale jak to w Indiach – wszystko jest względne.
Gdy dotarłam po całonocnej podróży (pierwszy raz zupełnie sama) na Goa, pierwsze wrażenie: TO JEST TO GOA!? TEN ROZREKLAMOWANY RAJ NA ZIEMI? A może ktoś się pomylił i nie przywiózł mnie na Goa? Jeśli nie Goa to co? Pustkowie, a jedyne, co mogę dostrzec w blasku jednej lampy to śmieci i stare baraki. To świadczy o tym, że to nadal Indie, ale gdzie jest moje cudowne Goa, na którym miałam odpocząć i nabrać pewności siebie przez ruszeniem w głąb kraju? I jeszcze te krowy, które całym stadem chcą mnie na pewno zaatakować. Mnie jedyną, do tego białą – dobrze widocznaą pod latarnią, przestraszoną zachodnią turystkę! Ale krowy specjalnie nie przejęły się moim istnieniem. Nawet nie musiałabym się w pośpiechu wspinać razem z plecakami na okoliczny murek. I tak by mnie nie zauważyły.
Potem okazało się ze to jednak Goa – i że jest nawet ładnie! Gdy zaczęło świtać baraki przekształciły się w restauracje, bary i sklepiki. I już nie były takie obskurne.
Widoki trochę jak z reklamy Bounty. Gdyby nie było tak gorąco jak jest to bym sobie zazdrościła ze tu jestem.



Upal – 50 stopni lub więcej, piasek na plaży tak gorący ze nie ma mozliwości spacerowania po nim. Aż dziw że tu ludzie żyją i maja się dobrze. Podejrzewam, że tubylcy mogą się tak samo zastanawiać, jak my wytrzymujemy w temperaturze minus 20 stopni. Momentami tęsknię do naszego polskiego zimnego lata.

Póki co nie ma komarów, a w pokoju nie widziałam jeszcze karalucha a karaluchów zawsze skrzętnie szukam w każdym pokoju, w którym mieszkam. Na razie widziałam tylko jednego, w Bombaju, ale miał najwyżej 2 mm więc się nie liczy. Liczą się dopiero takie, które mogą uchodzić za niewielkie zwierzątka domowe. Co prawda w łazience są jakieś dwa czarne robale z mnóstwem nóżek, ale się w ogóle nie ruszają. Od wczoraj są w tym samym miejscu wiec może nie żyją, uffff.

Matka czucha od balonów
Oto Hampi – święte miejsce tysiąca zrujnowanych świątyń. W ruinach tych na dobre zadomowili się miejscowi. Mają w nich domy, sklepy, restauracje a nawet posterunek policji. Wszystko to daje niesamowite odczucie obcowania ze świętością.
Jak wszędzie w Indiach, tak i tu na ulicach jest pełno dzieci. Jeśli są dzieci, to musi być wrzask, śmiech i zabawa. A kto może być lepsza atrakcją niż biały człowiek przechadzający się z aparatem? No może jedynie biały człowiek rozdający balony. Bo taki człowiek myśli sobie, że jeśli przekupi czymś dzieciaki, to będzie mógł zrobić im więcej zdjęć. Nic bardziej mylnego! W momencie, gdy tylko włożyłam rękę do kieszeni plecaka w poszukiwaniu balonów zostałam otoczona chmarą maluchów. W takich warunkach nie da się zrobić zdjęć, nawet najbardziej szerokokątnym obiektywem świata. Aż się bałam pomyśleć, co stanie się jak pokaże im balony! Moje obawy okazały się słuszne – dzieci zbiegło się jeszcze więcej a wrzask wzrósł do poziomu, przekraczającego wszelkie normy BHP (chyba, że w Indiach mają inne normy, lub, co bardziej prawdopodobne w ogóle ich nie mają). Miałam wrażenie, że wokół mnie znalazły się wszystkie dzieci z tej wsi, jedne odbiegały uradowane z balonikiem w ręku i przybiegały kolejne. Gdy rozdałam już wszystkie balony, a dzieci nawet nie myślały żeby ode mnie odejść, zaczęłam wyciągać z plecaka wszystko, czego mogłam się pozbyć. Spinki i gumki do włosów, naklejki, gumy do żucia, długopisy, cukierki. No i odtąd byłam dla nich panią od balonów. Gdziekolwiek napotkałam dzieci, słyszałam bardziej lub mniej śmiałe nawoływania: Madame, baloons, baloons!!
Jednak Hampi było pierwszym i ostatnim miejscem, w którym rozdawałam dzieciakom prezenty. Z racji obecności dużych rzeszy turystów jest to nieco bogatsze miasteczko, nie ma takiej biedy, nie ma żebractwa, dzieci są bardziej zadbane i najedzone. W innych miejscach, gdzie panuje większa bieda a dzieci są obdarte, umorusane i głodne ostatnią rzeczą, której potrzebują są moje kolorowe balony z Polski. Niestety mimo najszczerszych chęci ja jedna nie zmienie ich życia. Owszem od czasu do czasi nie mogłam się powstrzymać i zasilałam ich puste skarbonki, ale wiedziałam że nie mogę tego robić. Nie powinnam dawać dzieciom prezentów ani pieniędzy, ponieważ się przyzwyczajają i nie widzą innego sposobu na życie jak tylko żebractwo. Gdyby jeszcze żebrali sami dla siebie…


In Indian way
Po przebyciu kilkuset kilometrów samotna, skrajnie zmęczona i głodna trafiłam w sam środek monsunowych deszczy – których się oczywiście nie spodziewałam! Deszcz leje, zamiast ulic rzeki i strumienie, nie ma do kogo się odezwać nie mówiąc już o tym, że nikt nie doda otuchy. Cóż mogłam zrobić? Przełknęłam pierwsze łzy, które z bezradności zaczęły się pojawiać i… uciekłam. Kolejna noc w podróży.
Podczas tej dość długiej podróży do Mysore spotkało mnie chyba wszystko co można ogólnie nazwać „indian way”. Pod tym określeniem kryje się dużo, jak dla mnie za dużo. Być może jeszcze się nie przyzwyczaiłam, być może byłam zmęczona tą przydługą trasą, ale „indyjskość” Hindusów mnie momentami przerastała. Sami o sobie mówią, że funkcjonują „in indian way”, a dla mnie to znaczy tyle, co „mamy to wszystko gdzieś”. Na wszystko trzeba czekać godzinami. Nie można wierzyć, że autobus będzie za 5 minut. Bardziej prawdopodobne, że będzie za 5 godzin, a zanim wyruszy w drogę 5 tzw. „organizatorów” przeliczy po 5 razy wszystkich pasażerów. Wszędzie robią pełno hałasu. Wydzierają się, drą, pokrzykują, nawołują, przeganiają, poganiają, biegają tam i spowrotem. Robi to wrażenie pospiechu. Otóż nie!! Krzyki krzykami, ale nadal trzeba na wszystko z niebywała cierpliwością czekać. Ja do cierpliwych niestety nie należę.
Poza tym załamuje fakt, że nic bezinteresownie się tu nie robi. Owszem pomagają trafić na stację kolejową bądź wybrać odpowiedni autobus, są przy tym bardzo mili nawet. Ale smutne jest to ze nikt nie robi tego po prostu ze szczerej chęci niesienia pomocy bliźniemu. Zazwyczaj albo chcą coś przy okazji sprzedać, albo po prostu naciągnąć na kasę nieświadomego turystę. Poza tym podejrzewam, że są święcie przekonani, że każda dziewczyna z zachodu przyjeżdżająca na wakacje do Indii jest tu tylko po to, żeby zaspokoić seksualnie każdego napotkanego hindusa! Męczy mnie już to nieufanie nikomu. Marzę o spotkaniu kogoś, kto za pomoc nie będzie chciał ŻADNEJ zapłaty, ani moich pieniędzy, ani mojego ciała!
In indian way: let’s do nothing:

In indian way: 3 mężczyzn niezbędnych do sprzedawania pomarańczy

Dolce farniente:

Jesus loves you
Już w lepszym nastroju. To chyba za sprawą tego przecudnego miasteczka, w którym jestem. Kochin. A może tego, że się najadłam, albo tego, że okazuje się, że Hindusi jak chcą potrafią być mili i nawet o dziwo bezinteresowni?
Gdy przyjechałam tu wczoraj, byłam zaszokowana ilością kościołów. Na każdym kroku kościół, kaplice, krzyże, szkoły przykościelne! Podejrzewam, że polscy słuchacze pewnego radia mogliby poczuć zazdrość. W katolickiej Polsce nie widziałam tylu kościołów w jednej miejscowości, co tu w Indiach. Dość ciekawym widokiem była grupa kobiet w sari modlących się z różańcem w ręku. W tej chwili wkroczyłam do innego kraju. Nie ma tu świątyń hinduskich, zniknęły kolorowe obrazki z bóstwami za to pojawiły się kościoły i plakaty z napisami “Jesus loves you”. Indie: w jednym miejscu modlisz się do Jezusa a w drugim karmisz małpy i słonie żeby mieć dobra karmę.


YOU DON’T HAVE TO BE A SOLDIER TO LOVE YOUR COUNTRY
Dziś mija piąty dzień mojego pobytu w Kochin a ja nie wiem, kiedy ten czas zleciał! Mam wrażenie, że jestem tu od zawsze.
W końcu troszkę uwierzyłam w szczerość intencji ludzi. Jak się okazuje nie wszyscy czegoś oczekują, a są po prostu uprzejmi, mili i pomocni. Oczywiście nie brakuje tu zboczeńców i interesowanych handlarzy – ale z uwagi na okoliczności łagodzące można im to wybaczyć.
Piłam tu najlepszy na świecie koktajl mleczny z CHIKKU. Myślałam, że najlepszym koktajlem świata jest bananowy koktajl z Green Way’a, jednak chikku bije go na głowę, lub na kiść?? Pierwszy raz to widziałam, co właściwie nie jest niczym odkrywczym, Indie jakoś dziwnym trafem obrodziły w nieznane mi owoce i warzywa. Wyglada to jak mały ziemniak, lub połączenie ziemniaka z kiwi. Owoc sam w sobie jest paskudny, w konsystencji grudek papieru ściernego zatopionych w przejrzałej gruszce. Natomiast w połączeniu z mlekiem i lodem…. Coś cudownego, raj dla podniebienia. Przynajmniej mojego.

Jeśli chodzi o przyjemności podniebienia to są tu wręcz nieograniczone. Ilości warzyw, przypraw oraz sposobów ich łączenia są po prostu niezliczone. Jedzenie to jedna z tych rzeczy, za którą się kocha Indie. Idąc tym tropem – ja pokochałam Indie od pierwszego ryżu biryani. Kocham Indie za wszechobecną soczewicę, za placki naan, za masala dosa, ale przede wszystkim za SAMOSY. W przypadku tej miłości samosy są jak pierścionek zaręczynowy – dostajesz i jesteś już stracona! Już na zawsze pozostajesz w tym związku! Czasami tylko zdradzasz, pochłaniając cichcem lassi – tutejszy jogurt. Właściwie pochłaniam go tak szybko, że nikt nie jest w stanie tego zarejestrować. A dzień bez bananowego lassi to dzień stracony. Wiec zawsze w jakimś ciemnym kącie kuchni lub w wąskiej uliczce można się oddać tej błyskawicznej zdradzie.

Mimo tej miłości do indyjskiej kuchni od czasu do czasu odzywa się we mnie “zachodnia” natura i konsumuje Pepsi (o dziwo coca cola tu została wyparta właśnie przez koncern Pepsico, a myślałam ze coca cola jest zawsze i wszędzie). Zimna Pepsi nie dość, że gasi pragnienie, to działa też jakimś dziwnym sposobem kojąco na układ nerwowy. Po meczącym dniu, po znoszeniu upałów, które wcześniej wydały się być nie do zniesienia, po niezliczonych zaczepkach i otrzymywaniu coraz to różniejszych propozycji, wypijasz butelkę Pepsi i świat jest znów piękny.

I znów byłam w kinie. Film zatytułowany był HEROS. Miał traktować o poważnej tematyce (przynajmniej tak mi się wydawało po patosie niektórych scen), ale był tak idiotycznie śmieszny ze aż niewiarygodne. Oczywiście nie rozumiem jeszcze w pełni hinduskiego języka jednak aktorstwo w Indiach jest na tak wysokim poziomie, że jak się okazuję nie trzeba nawet znać języka. Koniec końców morał z filmu był taki: YOU DON’T HAVE TO BE A SOLDIER TO LOVE YOUR COUNTRY!! Czy wiedzieliście o tym? Kochacie swój kraj tak jak Hindusi swój?

PS
Wiedziałam, że to się tak skończy. Nie byłabym sobą gdybym się choć na chwilę nie zakochała. No i zdarzyło się, właśnie tu w samym centrum chrześcijańskich Indii. Co prawda to taka jednodniowa miłość, ale zawsze to coś. Ma na imię Francis, tak samo jak mało hinduskie ma imię równie mało egzotycznie się zachowuje. Tzn jest „normalny”. Nie wyznaje mi miłości od pierwszego wejrzenia. Nie wznosi pod niebiosa mojej urody i nie widzi nieba w moich oczach i nawet nie chce dotknąć mojej tak pięknej jasnej skóry. Jak na hindusa jest nienormalny, wiec chyba lubię dziwnych Hindusów. Idę z nim dziś na kolację. Ale aby ostrożności stało się zadość, wybrałam zatłoczoną restaurację blisko mojego hotelu. Chyba tak publicznie mi nic nie zrobi złego?
NOWOCZESNE TECHNIKI SPRZEDAŻY
Dziś obieram inny kierunek podroży. Już w sumie powoli zbliża się ku
końcowi moja przygoda z Indiami…. Kolejne miasto przede mną. Potem Bombaj, potem warszawa… Trzeba będzie zacząć snuć nowe plany:) takie zupełnie nowe. Bo sylwestrowy wypad do Maroka jest już prawie historią. Trzeba wymyślić coś na potem.
Od wczoraj w sumie nic się nie zmieniło, ale ponieważ mam jeszcze chwile
do odjazdu pociągu chciałabym przedstawić w kilku słowach moje
spostrzeżenia co do tutejszych technik sprzedaży i marketingu ogólnie.
Cala zabawa zaczyna się od faktu czy czegoś potrzebujesz czy nie. Najczęściej nie wiesz, że potrzebujesz, a na pewno jest ci to niezbędnie potrzebne. Jak na przykład trzy wachlarze w deszczowy dzień. Wiec pierwsza sprawa – wykreować potrzebę, gdy już potrzeba jest, trzeba ja zaspokoić:)
Po pierwsze musisz trafić do wybranego sklepu – w zasadzie podstawowym
narzędziem jest hasło reklamowe “Madam/Sir LOOK INTO MY SHOP”. Gdyby komuś płacić za prawa autorskie do wykorzystanie tego sloganu byłby najbogatszym człowiekiem świata. Słysząc to setny raz tego samego dnia, dla świętego spokoju po prostu lukasz na ten ich szop!!!
Po drugie jak juz jesteś w środku to wszystko, co widzisz jest NAJWYŻSZEJ
jakości! Nie sądzisz chyba, że mogłoby być inaczej? Wszystko ręcznie wykonane, zawsze 100% jedwabiu w jedwabiu itp. Jeśli nie potrzebujesz tego ty – to na pewno potrzebuje tego twoja matka, zona, przyjaciel czy brat!! Na pewno – zaufaj mi!! Nie zapominaj ze we wszystkim wyglądasz rewelacyjnie, każdy kolor Ci pasuje i zawsze jest odpowiedniego rozmiaru!!
Jeśli już po pewnym czasie wydaje ci się ze może rzeczywiście tego potrzebujesz, ale nie do końca jesteś przekonany, jest sporo narzędzi żeby przekonać cię do tego:)
Zaobserwowałam tu kilka podstawowych promocji:
1. zakupy “hurtowe” - po co kupować 1 szal skoro możesz kupić od razu pięć. Normalna cena jest np 500 rupii za sztukę, ale jak kupisz 5 szt. to specjalnie dla
ciebie i TYLKO dla ciebie jest specjalna cena – jedyne 450 Rs/szt!! Czyż
się nie opłaca?? Po czym sprawa kończy się na tym ze i tak kupujesz 5
sztuk za 300Rs.
2. promocja “poranna” – ponieważ właśnie co otworzyli swój
biznes (nie szkodzi ze jest 13-ta) to dostajesz Ty i TYLKO Ty
wyjątkową cenę!!
3. promocja “pierwszy klient” – bardzo ciekawa promocja, która jakimś dziwnym trafem obowiązuje najczęściej:) ponieważ jesteś pierwszym klientem MUSISZ coś kupić żeby przynieść sklepikarzowi szczęście!! Da ci wyjątkowo dobrą cenę byś tylko dal początek jego szczęściu w biznesie tego dnia. Po czym jak juz kupisz to zaczyna się specjalny rytuał, który ma sprawić ze tego dnia będzie dobry utarg – po otrzymaniu od nas cennych banknotów następuje ich całowanie przykładanie do serca i do sprzedanego towaru. Zależy od gorliwości sprzedawcy – powtarzane to raz 2 lub 3 razy.
4. promocja “wieczorna” – działa analogicznie do porannej, jak sama nazwa wskazuje ma miejsce wieczorem tuz przed zamknięciem sklepu (o dziwo nie ma promocji “ostatni klient” – …..)
Gdy żadna promocja cię jednak nie przekona to przystępują do oddziaływania na twoje współczucie. Nie chcesz, nie kupisz? Jak możesz chcieć złamać moje małe serce?? Tak, kurwa z premedytacja łamie twoje małe hinduskie serce!!!
I takim oto cudem plecak mój zaczyna nabierać coraz to większych rozmiarów:)

Koniec tego dobrego…..
Jutro o 9.05 lot do Helsinek, a stamtąd juz niedługa droga do domu! Z jednej strony żal wyjeżdżać, zostawiać słońce, miejsca, do których pewnie juz nie wrócę. Żal ze nie mogłam lepiej poznać kultury. Z drugiej jednak pewna ulga. Indie są super, hindusi – nie koniecznie. Już się cieszę na myśl że wychodząc na ulicę nikt nie będzie zwracał na mnie uwagi, że nikt nie będzie na mnie spoglądać z dzikim pożądaniem w oczach (nie sądziałam, że kiedyś to powiem).
Dziwny jest ten kraj. Czasem się zastanawiam jak to wszystko się kreci? Przy tym niezorganizowaniu, w tym brudzie? W kraju gdzie jedna rzecz wykonuje kilka osób. Aby coś załatwić trzeba wypełnić miliony formularzy. Nie wiem gdzie oni te wszystkie dokumenty trzymają. Gdyby mieli ministerstwo archiwizacji to byłoby wielkości całego Mumbaju. A może maja takie?
Ludzie śpiący na chodnikach. Nie, nie pod murkiem czy płotem, oni śpią zupełnie na środku, w poprzek przejścia, na ruchliwej ulicy. Sygnalizacja – ale po co? I tak nikt nie patrzy na to, jakie jest światło, a żeby zapanować nad ruchem drogowym potrzebnych jest kilku policjantów. A jednak to wszystko działa… I to w sumie chyba całkiem nie najgorzej. Może da się do tego przyzwyczaić?
A mimo wszystko piękny kraj, kraj kontrastów we wszystkim, co możliwe. Tak jak zdarzają się źli ludzie – tak samo są i dobrzy. Najbardziej zaskakuje fakt, że tu każdy jest zadowolony. Jest źle, jest bieda, bezdomni, głodne dzieci… Ale gdy spojrzeć na społeczeństwo – zadowolone. Uśmiechnięte. Powinniśmy się tego od nich uczyć. My mamy NA PRAWDĘ dobrze, co nie przeszkadza nam narzekać. Narzekać na co? Że pada w listopadzie – zawsze padało. Że gorąco? Przecież chcieliśmy żeby było cieplej. Że za małe przeceny w galerii handlowej? że zarabiam 1500 zł zamiast 6 000?
LADIES ONLY:



Dzieci w autobusie w Kochin:

Ulice Mumbaju:


Magda! Zajebisty artykuł, zabawny i fajnie napisany!
Udało mi się znaleźć
, super artykuł ale się ubawiłam. Zazdroszczę przygód i życzę udanej kolejnej wyprawy. Pozdrawiam